„Drakensang: The River of Time”
Wydane w 2008 roku „Drakensang: The Dark Eye” było grą RPG wiele czerpiącą ze starszych tytułów, jednak w nowoczesnej, jak na tamte czasy, oprawie. Gra miała jednak dużo minusów, które świetnie naprawia „Drakensang: The River of Time”.
Seria Drakensang bazuje na niemieckim systemie do „papierowych” gier RPG – „The Dark Eye”, które w kraju Goethego zdobyło większą popularność od znanego w każdym innym miejscu świata „Dungeons & Dragons”.
„The River of Time” zostało wydane dwa lata po premierze pierwszej części, jednak nie jest ono jej kontynuacją a prequelem – przedstawieniem tego, co się stało przed wydarzeniami z „The Dark Eye”.
Pierwszy boss jest jednym z dziwniejszych pomysłów, jakie widziałem – łatwopalny golem ze złomu.
Grę zaczynamy – jak w wielu RPG-ach – od stworzenia postaci. Do wyboru są w sumie 22 klasy postaci, od złodzieja, przez maga, po wojownika, jednak każda jest ograniczona do jakiejś konkretnej rasy, więc nie liczcie na złodzieja elfa albo człowieka geomantę. W kilku wypadkach nie można też zmienić płci postaci, więc nie da się na przykład grać krasnoludką.
Rozpoczynamy na małym statku zakotwiczonym przy niewiele większej wyspie. Oprócz nas w pobliżu nie ma wielu osób, jest tylko czteroosobowa załoga i trzej kupcy. Z rozmowy z kapitanem dowiadujemy się, że w zamian ze przewóz do miasta Nadoret, w którym bohater ma ukończyć nauki, zobowiązaliśmy się pomóc w kilku drobnych sprawach. Na początek coś prostego – trzeba znaleźć opałkę na ognisko. W nocy jednak statek atakują piraci, a po utracie przytomności od ciosu jednego z nich bohater budzi się dopiero w Nadoret. Więcej na temat fabuły zdradzał nie będę.
Jeśli ktoś polubił obecnego w pierwszej części bezbrodego krasnoluda Forgrimma, tutaj powinien się ucieszyć. Nie dość, że starego najemnika można wcielić do drużyny, to jeszcze jest on narratorem. Wszystkie wydarzenia w ogóle są przedstawione jako opowieść, którą Forgrimm opowiada Gladys – innej starej znajomej z pierwszej części.
Fabuła jest bardzo dobra, choć można narzekać, że jest dość krótka, a poza samymi głównymi zadaniami niewiele pobocznych zadań jest choć trochę ciekawych. Większość z nich zresztą ogranicza się do starego schematu: „pogadaj z osobą X w miejscu Y, po drodze zabijając stwora Z na zlecenie postaci Q”. Kilka – jak nocny patrol w mieście – jest nawet wciągająca, jednak nie ma ich wiele.
„Thalaria” - statek, na którym bohater będzie podróżował przez rzekę przez większość gry. Zastępuje ona ponadto rolę rezydencji z pierwszej części.
Spora część gry upływa na walce, stąd warto jest zadbać o odpowiednie wyposażenie postaci i okazjonalnie uczenie ich nowych umiejętności związanych z typem używanej broni. (Jak szybsze przeładowanie dla kuszników.) Same bitwy bazują na turach, jednak nie działają one tak, jak w wielu grach strategicznych. Tutaj działa to według schematu: początek tury – wybierz, co mają zrobić wszystkie postaci – robienie tego w tym samym czasie, co przeciwnicy – koniec tury – następna tura.
Co do walki nie mam wielu zastrzeżeń może poza tym, że wiele z nich zbytnio polega na szczęściu. Losowane jest to, czy się trafi, ile się zada obrażeń, czy wywoła się u przeciwnika osłabiające go rany itp. Ta losowość walk jest wyjątkowo frustrująca, gdy stoimy przeciw wrogom łatwo zadającym takie rany (po otrzymaniu 5 postać pada na ziemię). Sprawia to, że najsilniejszymi przeciwnikami w grze były dla mnie... kraby, które mają chyba największą szansę na to ze wszystkich wrogów.
Dużą rolę odgrywają też dialogi, które najlepiej idą klasom złodziejskim. Dzięki nim można między innymi otrzymywać darmowe przedmioty, uniknąć kilku walk, otrzymać dodatkowe zadania... można by długo wymieniać. Czasem można też się przy rozmowach uśmiać, jak przy przekomarzaniach Forgrimma i Cano albo rozmowach bywalców karczmy.
W przeciwieństwie do pierwszej części, tutaj wszystkie dialogi są w pełni udźwiękowione, jednak tylko po angielsku.
„The River of Time” poprawiło wiele rzeczy, które wyjątkowo uwierały w poprzedniej części. Gra jest krótsza, jednak można nie tylko wracać do wcześniej odwiedzonych lokacji – co było niemożliwe w „The Dark Eye” – ale też kontynuować robienie zadań po ukończeniu głównego wątku. Dano też możliwość schowania broni, więc nie występują już dziwne sytuacje pokroju takiej, że cała drużyna biega z wyciągniętymi mieczami po zatłoczonym mieście. Pojaśniono też paletę kolorów, co znacznie poprawia doznania estetyczne w porówaniu z poprzedniczką. Nie ma też już takich dziwactw jak to, że w każdej rozmowie tylko pierwszych kilka zdań zostało udźwiekowionych, a przy reszcie słychać było tylko muzykę.
Na koniec (jak zwykle) plusy i minusy. Zaletami są dobre dialogi, całkiem spójna fabuła, a nawet system walki, choć można go było zrobić lepiej. W wadach można wymienić dużą zależność walk od szczęścia, dość kiepskie zadania poboczne i to, że nie da się skakać, co czyni nawet najmniejsze pagórki przeciwnikami potężniejszymi niż całe chmary krabów.
Moris
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz